Data publikacji: Saturday 5 August 2006
W artykule „Ryczałty podatkowe nie należą do “układu”” (GW 28-07-2006) Piotr Skwirowski bierze w obronę obowiązujące ryczałtowe formy opodatkowania drobnych przedsiębiorców, zagrożone rządowymi planami ich zniesienia. Pozwolę się wtrącić: to nie jest takie proste – znieść ryczałty czy zostawić je nietknięte. Oczywiście, że najmniejsi przedsiębiorcy, szczególnie ci początkujący i ci „socjalni” (którzy tak naprawdę nie prowadzą biznesu, lecz z braku pracy starają się jakoś utrzymać) nie powinni płacić normalnych podatków, tylko jeden, niski i prosty podatek ryczałtowy. Ale obecnie obowiązujące ryczałty trzeba znieść, bo to szkodliwe regulacje. Chociaż wcale nie dlatego, że są wykorzystywane przez nieuczciwych podatników, jak uważa rząd.
Zacznę od zakwestionowania powszechnego mitu, że księgowość w ryczałcie ze sprzedaży ewidencjonowanej jest prostsza niż w przypadku zasad ogólnych. Jej prowadzenie jest niemal równie uciążliwe: podatnik i tak musi gromadzić wszystkie dokumenty zakupu, i tak robić remanenty, i tak szczegółowo ewidencjonować sprzedaż. Jeśli jest przy tym podatnikiem VAT, to musi prowadzić normalną ewidencję zakupu i sprzedaży VAT. Właściwie jedynym ułatwieniem dla podatnika tego ryczałtu jest brak obowiązku obliczania dochodu i zaliczek na podatek dochodowy. Tyle że akurat ta czynność zajmuje komputerowi milisekundy, a dane i tak są już do komputera wprowadzone, więc w praktyce to żaden problem.
Jedyny istotny wyjątek stanowią koszty nieopodatkowane VAT-em, których ryczałtowiec księgować nie ma po co. I tu jest pies pogrzebany: najważniejszym kosztem nieopodatkowanym VAT-em są wynagrodzenia. Zatem dla ryczałtowca legalne zatrudnianie ludzi nie ma ekonomicznego sensu, bo ani nie odliczy sobie VAT-u, ani nie zaksięguje wynagrodzeń w koszty. Jestem przekonany, że zniesienie tego ryczałtu zauważalnie poprawi statystyki bezrobocia i zmniejszy szarą strefę. To zresztą było głównym powodem jego likwidacji przez rząd Tadeusza Mazowieckiego.
Parę lat później nastał rząd Waldemara Pawlaka i v-ministra od podatków Witolda Modzelewskiego. Wskrzeszenie przez tego ostatniego ryczałtu ze sprzedaży ewidencjonowanej uważam za jeden z jego największych błędów. Nie tylko ze względu na koszmarne zagmatwanie i niechlujność owej regulacji, charakterystyczne dla „kompetentnych inaczej” legislatorów Ministerstwa Finansów. Przede wszystkim dlatego, że Wiktor Modzelewski, profesor prawa, obecnie naczelny doradca podatkowy, zaprojektował ten ryczałt jako… obowiązkowy! Kiedy na początku 1994 roku Trybunał Konstytucyjny wytłumaczył mu rzecz oczywistą, że przymusowy ryczałt jest sprzeczny z konstytucją, wzięła w łeb cała ministerialna idea – żeby przedsiębiorcy nie mogli prywatnych wydatków księgować w koszty prowadzenia firmy. W rezultacie, obecnie z ryczałtu ze sprzedaży ewidencjonowanej korzystają tylko ci, którzy na zasadach ogólnych zapłaciliby więcej (niż na ryczałcie), nawet po wpisaniu sobie w koszty zagranicznych wakacji z rodziną. Piszę o tym z drżeniem, bo sam do nich należę: dzięki ryczałtowi płacę z grubsza połowę podatku, który bym płacił na zasadach ogólnych przy stawce liniowej 19%. Ten ryczałt funkcjonuje w praktyce gospodarczej po prostu jako ulga podatkowa dla dobrze zarabiających drobnych przedsiębiorców. (Całe szczęście, że urzędnicy Ministerstwa Finansów i politycy od lat konsekwentnie ignorują moje opinie dotyczące otoczenia prawnopodatkowego małej przedsiębiorczości…)
Natomiast karta podatkowa to ryczałt wywodzący się z zamierzchłego PRL-u, regulacja absolutnie nieprzystająca do dzisiejszych czasów. Kazuistyczna, przeregulowana wręcz groteskowo, przy tym umożliwiająca prostacki i powszechny przekręt – sprzedawanie rachunków, którego ściganie angażuje dziesiątki tysięcy roboczogodzin pracowników fiskusa. Drugi, popularny od kilkudziesięciu lat kant, to zgłoszenie mniejszej liczby pracowników niż się naprawdę zatrudnia – bo miesięczna stawka kwotowa podatku (zgodnie z marksistowską zasadą, że wartość dodaną tworzy robotnik) rośnie wraz ze wzrostem ich liczby. Wyszkoleni w prawie finansowym inspektorzy skarbowi… biegają po przedsiębiorstwach wyłapując pracujących na czarno.
Jednak najważniejszy argument za tym, żeby oba obowiązujące ryczałty jak najszybciej przeszły do historii, wynika z zupełnie innej przesłanki: chodzi o postulat rozwoju drobnej przedsiębiorczości. Student, absolwent, młody człowiek pracujący w Anglii, kiedy zastanawia się nad uruchomieniem małego biznesu w Polsce, na wstępie dowiaduje się, że będzie musiał wybrać podleganie VAT-owi (z rozliczeniem miesięcznym lub kwartalnym) albo zwolnienie z VAT. Następnie musi wybrać zasady ogólne podatku dochodowego (ze stawką progresywną lub liniową oraz z księgowaniem gotówkowym lub memoriałowym) albo ryczałt (ze sprzedaży ewidencjonowanej lub kartę podatkową). Po czym, już wystarczająco przerażony dylematami podatkowymi, kiedy czyta w prasie, jak urzędnicy skarbowi potrafią zniszczyć drobnego przedsiębiorcę z powodu niedotrzymania jakiegoś biurokratycznego wymagania – to podejmuje boleśnie racjonalną decyzję o rezygnacji z własnej firmy. Dlatego przepisów podatkowych odnoszących się do small businessu powinno być przede wszystkim mało.
Drobny, początkujący przedsiębiorca powinien mieć tylko jedną alternatywę w kwestii formy opodatkowania: zasady ogólne i zarazem VAT albo ryczałt powiązany ze zwolnieniem z VAT-u. Obie te formy radykalnie uproszczone w stosunku do obecnie obowiązujących. Jeśli chodzi o zasady ogólne, to należy – piszę o tym od lat – mocno okroić książkę przychodów i rozchodów, sztucznie skomplikowaną w celu zmuszenia przedsiębiorców do korzystania z usług biur rachunkowych (wiem, bo sam takie biuro prowadziłem), łącząc ją z ewidencjami VAT.
Zaś ryczałt powinien być jeden: 250 zł miesięcznie, bez prawa wystawiania rachunków ani zatrudniania. 250 zł to akurat tyle, żeby było od czego odliczyć składkę zdrowotną na ZUS. Ryczałtowcy nie mogliby wystawiać żadnych rachunków ani faktur, by wykluczyć zatrudnianie ich jako „niezależnych przedsiębiorców” oraz żeby wyeliminować proceder handlu rachunkami. Zresztą ta skrajnie prosta forma opodatkowania byłaby przeznaczona dla przedsiębiorców „socjalnych”, żyjącym ze sprzedawania swoich usług nie innym firmom, lecz okolicznym mieszkańcom, którzy rachunków ani faktur nie potrzebują. Ryczałtowcy, jako przedsiębiorcy „socjalni”, nie mogliby nikogo zatrudniać; natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, by się łączyli w spółki cywilne (każdy wspólnik by płacił swój ryczałt), np. ekipa remontowa składająca się z tynkarza, malarza, tapeciarza, elektryka i stolarza. Spółka cywilna to akurat dobra forma dla firmy, która nie gromadzi majątku odrębnego od wspólników, bo każdy z nich ma własne narzędzia.
Piotr Skwirowski wspomina jeszcze o innym ryczałcie, ułatwiającym życie drobnym przedsiębiorcom w USA i w wielu państwach UE – o zryczałtowanym koszcie uzyskania przychodu. To może być dobre rozwiązanie dla drobnych handlowców rozliczających się na zasadach ogólnych. Mieliby oni do wyboru: albo ustalać koszt zakupu towaru jednostkowo, przy użyciu komputerowego programu magazynowego, albo właśnie ryczałtem. W ten sposób udało by się pozbyć z otoczenia prawno-podatkowego małego biznesu jeszcze jednego okropieństwa – systemu remanentowego.
Podsumuję: rządowy pomysł zniesienia obu obowiązujących ryczałtów jest dobry, ale tylko pod warunkiem radykalnego uproszczenia zasad ogólnych i wprowadzenia nowego, skrajnie prostego ryczałtu dla najmniejszych przedsiębiorców „socjalnych”, związanego ze zwolnieniem z VAT.